Biuro Edukacji Historycznej - Muzeum Policji
Komendy Głównej Policji

Aktualności

Celebryci i ich cztery koła

Data publikacji 09.07.2020

Pierwszą ponoć śmiertelną ofiarą wypadku drogowego w Europie była mieszkanka podlondyńskiego Croydon, miss Bridget Driscall. Zginęła pod kołami automobilu podczas festynu ludowego. Na skutek własnej zresztą nieostrożności. Był 17 sierpnia 1896 roku.

Miss Driscall nie była osobą publiczną, żadną celebrytką, jak byśmy dziś powiedzieli. Zrobiło się jednak o niej głośno, choć – niestety – już po jej śmierci. Wypadek wywołał bowiem olbrzymią sensację, śledztwo w sprawie jego przyczyn było obszernie relacjonowane przez londyńską prasę brukową. Niechętni motoryzacji cytowali zeznania pomocy domowej Florence Ashmore, która opowiadała, jak automobil gnał w szalonym pędzie, tak szybko, jak galopujący koń pełnej krwi. Natomiast zwolennicy postępu bronili kierowcy, powołując się na słowa pracodawcy, który zapewniał, że Arthur Edsall jest doświadczonym szoferem, ponieważ prowadzi samochód już od trzech tygodni. Sam Edsall zeznawał przed sądem, że to nie była jego wina. Jechał wprawdzie szybko, około 6-7 km na godz., ale przestrzegał przepisów. Poza tym przez cały czas bił mocno w dzwon alarmowy oraz gromko krzyczał „Z drogi!”. Tłum ustępował mu posłusznie miejsca, tylko nieostrożna pani Driscall weszła prosto pod koła. Nie mógł już nic zrobić. Sąd dał wiarę jego wyjaśnieniom i orzekł, że był to nieszczęśliwy wypadek.

Śmierć na jezdni

długo jeszcze gościła na czołówkach gazet. Była uznawana za zrządzenie losu, dopust boży, na który nikt nie ma wpływu. Zresztą, nie tylko wypadki śmiertelne były wówczas kwieciście opisywane na łamach periodyków. Z powodu sporadycznych, mrożących krew w żyłach karamboli z ofiarami, gazety sięgały też po kolizje drogowe, będące skutkiem nieostrożnej jazdy. Początkowo skrzętnie odnotowywano wszystkie, nawet wybuch kiszki na drodze, jak powszechnie określano przebicie dętki w kole. Z czasem, gdy samochód przestał szokować, wybierano już te najciekawsze, biorąc pod uwagę przede wszystkim okoliczności zdarzenia, jego skutki oraz dramatis personae, czyli poszkodowanych w wypadku.                                

Osoby publiczne, powszechnie znane, szanowane i podziwiane (lub potępiane), słowem ówcześni celebryci, mieli w takich sytuacjach – podobnie jak i nasi współcześni idole - nieograniczony limit miejsca na łamach. Ich losy śledzono równie pilnie jak dziś, nie troszcząc się zupełnie o prywatność. Pod tym względem natura ludzka okazuje się niezmienna.

We wrześniu 1927 r. gazety całego świata obiegła wiadomość o tragicznej śmierci Isadory Duncan, znakomitej amerykańskiej tancerki, byłej żony rosyjskiego poety Siergieja Jesenina (młodszego od niej o 18 lat), która poniosła śmierć we własnym samochodzie. Zaduszona została w automobilu i wleczona przez pędzący wóz – tłustym drukiem pisała 16 września „Ilustrowana Republika”. I wyjaśniała poniżej: aktorka przeniosła się z Paryża do Nicei, gdzie założyła szkołę tańca. Postanowiła tam kupić auto. Kiedy wybrany przez nią sportowy kabriolet marki „Amilcar” podjechał przed dom, usiadła na tylnej kanapie, by odbyć swą pierwszą przejażdżkę. Przy wsiadaniu do wozu koniec jej długiego jedwabnego szala zaczepił się o nieosłonięte błotnikiem koło. Kierowca ostro ruszył, nie zdając sobie sprawy, że zaciskający się na szyi Isadory szal wyszarpuje ją z auta i wlecze z tyłu. Aktorka zginęła na miejscu, miała 50 lat.

Dzienniki, podając informację o tej tragedii, przypomniały, że jakieś fatum samochodowe zaciążyło nad jej rodziną, bowiem w 1913 r. również w samochodzie zginęło dwoje jej nieletnich dzieci: córka Deirdre i syn Patrick. Okoliczności tego zdarzenia były również niezwykłe: kiedy auto wjeżdżało na wzgórze, niespodziewanie zgasł silnik. Kierowca wysiadł, chcąc zajrzeć pod maskę. Zapomniał jednak zaciągnąć hamulec. Samochód stoczył się z pochyłości do Sekwany. Nim nadeszła pomoc, dzieci oraz ich opiekunka utonęły.

Na rodzimym gruncie

o samochód było znacznie trudniej niż na zamożnym Zachodzie. Niewielu rodaków mogło sobie w tamtych latach pozwolić na własne cztery kółka. Celebryci z reguły nie mieli jednak z tym problemów. Jednym z nich był Eugeniusz Bodo (właśc. Bogdan Eugene Junod), niezwykle popularny w okresie międzywojennym aktor filmowy, rewiowy i teatralny, a także tancerz, piosenkarz i producent filmowy pochodzenia szwajcarskiego.

Miał zaledwie 18 lat, gdy zadebiutował na scenach rewiowych Poznania i Lublina, a od 1919 r. także Warszawy. Występował m.in. w kabaretach: „Qui Pro Quo”, „Morskie Oko” ", "Cyganeria" i „Cyrulik Warszawski”. W 1925 zagrał swą pierwszą rolę w filmie Rywale i od tego momentu rozpoczęła się jego ogromna popularność. Ogółem wystąpił w ponad 30 filmach. Grał zarówno role amantów, tragiczne, komediowe, a w filmach muzycznych także śpiewał. Wiele z jego piosenek stało się szlagierami, chętnie słuchanymi i dziś. To on wylansował takie przeboje, jak: „Już taki jestem, zimny drań”, „Seksapil, to nasza broń kobieca” oraz „Umówiłem się z nią na dziewiątą”.

Kiedy Eugeniusz Bodo nabył swój pierwszy samochód, nie wiadomo. Prawdopodobnie w połowie lat 20-tych, kiedy stał się już wziętym gwiazdorem i osobą wszędzie rozpoznawalną, dla świętego spokoju sprawił sobie jakieś auto. W każdym razie policyjne źródła milczą na temat jego uczestnictwa w „orgiach samochodowych”, do jakich niegdyś dochodziło na stołecznych ulicach. Nie był też ukarany mandatem za wykroczenie drogowe.

Pierwsza znana mi prasowa wzmianka o „Bodo-szoferze” pochodzi z maja 1929 r. Trzydziestoletni wówczas aktor, bożyszcze polskiej (i nie tylko) publiczności, był szczęśliwym posiadaczem luksusowego amerykańskiego chevroleta, wartego wtedy krocie. Tym właśnie samochodem postanowił wraz z przyjaciółmi z teatru pojechać do Poznania na Powszechną Wystawę Krajową. W tamtych czasach był to niejako obowiązek każdego światłego (i zasobnego w gotówkę) Polaka.

25 maja 1929 r., późnym wieczorem, po skończonym w „Morskim Oku” przedstawieniu, ruszyli w drogę. Za kierownicą zasiadł sam Bodo, obok niego Michał Reczko, z tyłu Witold Roland (właśc. Witold Konopka), tancerka Zofia Ordyńska i Marian Reczko. Około godz. 24 dojechali do Łowicza. Miasto tonęło w ciemnościach, szosa poznańska zamknięta z powodu budowy mostu na Bzurze, do tego żadnego oznakowania. Bodo skręcił w jakąś uliczkę wyłożoną „kocimi łbami”. Trzęsło niemiłosiernie, kierownica drżała mu w rękach, niewiele widział. Ulica, jak się okazało – Korabka Dolna, przebiegała wysokim nasypem, oddzielonym od toru kolejowego głębokim rowem, miała dwa zakręty. Jeden udało mu się pokonać, drugiego w ciemnościach nie zauważył. Auto koziołkowało, wywracając się do góry kołami. Bodo i Roland zostali przygnieceni ciężarem wozu, pozostali pasażerowie powypadali z niego, doznając niegroźnych obrażeń. Kierującemu gwiazdorowi też nic się nie stało, Witold Roland nie miał tyle szczęścia – poniósł śmierć na miejscu.

Sądowy finał

tragicznego wypadku w Łowiczu rozegrał się dopiero po trzech latach, 23 maja 1932 r., przed Sądem Okręgowym w Warszawie. Na ławie oskarżonych zasiedli: Eugeniusz Bodo, oskarżony o spowodowanie katastrofy samochodowej i śmierć aktora teatru „Morskie Oko” Witolda Konopki – Rolanda; burmistrz Łowicza dr Kazimierz Bacia, wiceburmistrz Józef Drzewiecki oraz ławnik magistratu Piotr Czerwiński, którym zarzucono brak dozoru i dopuszczenie do fatalnego stanu drogi, na której zdarzył się wypadek.

Przed sądem przewinęło się kilkunastu świadków. Niektórzy nie ulegli urokowi amanta, obciążając go winą za spowodowanie wypadku. Twierdzili, że Bodo jechał bez świateł i pędził jak strzała. Posterunkowy Brzeziński z miejscowej komendy powiatowej PP, który pierwszy rozmawiał z kierowcą i pasażerami chevroleta, zeznał, że w samochodzie znalazł butelki z koniakiem i wódką, a od wszystkich zalatywało alkoholem. Bodo tłumaczył, że jechał nie więcej, jak 20-40 km/godz., a w butelkach była jedynie kawa i kwas, zabrane w podróż. Nikomu jakoś nie przyszło do głowy, aby zbadać stan trzeźwości szofera. Może wówczas łatwiej byłoby znaleźć winnego.

Sąd po wysłuchaniu stron (żaden z oskarżonych nie przyznał się do winy) i odbyciu na miejscu zdarzenia wizji lokalnej, ogłosił wyrok, skazując Eugeniusza Bodo na 6 miesięcy więzienia i 20 zł opłat sądowych. Natomiast przedstawiciele łowickiego magistratu otrzymali kary po 3 miesiące więzienia i 10 zł opłat sądowych. Wszystkim skazanym zasądzone kary zawieszono na 3 lata.

Ponadto na rzecz wdowy po ś.p. Rolandzie sąd zasądził od oskarżonych 301 zł tytułem zwrotu kosztów pogrzebu i strat moralnych. Ta suma nie usatysfakcjonowała rodziny tragicznie zmarłego aktora. Wniesiono więc przeciwko magistratowi Łowicza pozew o odszkodowanie w wysokości 180 tys. zł. Czy go otrzymali? Nie wiadomo.

Eugeniusz Bodo podobno bardzo mocno przeżył śmierć przyjaciela. On, entuzjasta samochodów, przestał się nimi zupełnie interesować. Unikał też siadania za kierownicą.

Źródło: BEH-MP KGP/JP, fot: archiwum

Powrót na górę strony
Polska Policja