Aktualności

Alfabet warszawskich złodziei - odsłona pierwsza …

Data publikacji 20.04.2020

Przed I wojną światową było w Warszawie wiele przedziwnych miejsc. Niektóre z nich wprawiłyby przypadkowego odwiedzającego w istnie osłupienie. W jednym z takich lokali mieścił się na przykład pokój pełen manekinów przyozdobionych dzwoneczkami. Było to nic innego jak szkoła doliniarzy, w której uczono się do trudnego fachu wyciągania z dolin (czyli z kieszeni) wszystkiego, co cenne.

Przed I wojną światową było w Warszawie wiele przedziwnych miejsc. Niektóre z nich wprawiłyby przypadkowego odwiedzającego w istnie osłupienie. W jednym z takich lokali mieścił się na przykład pokój pełen manekinów przyozdobionych dzwoneczkami. Było to nic innego jak szkoła doliniarzy, w której uczono się do trudnego fachu wyciągania z dolin (czyli z kieszeni) wszystkiego, co cenne.

Jak wyglądała nauka, nie trudno się domyślić. Młody człowiek podchodził do manekina i próbował go okraść, nie wprawiając w ruch dzwoneczków. Zadanie tylko z pozoru było łatwe, bo w rzeczywistości wymagało wiele talentu i wyczucia. Szkoły takie przestały co prawda funkcjonować po I wojnie światowej, ale ich adepci byli cały czas aktywni, stąd też nie dziwi fakt popularności ballad opiewających ich wyczyny.

Poznał ją w tramwaju, pomógł wysiąść jej,

I pokrewną duszę zaraz wyczuł w niej.

Była doliniarką, kradła cały dzień,

A zły los ją ściągnął jak ponury sen.

Jak działali doliniarze? Ano podobnie jak dzisiaj: we trzech czy czterech tworzyli sztuczny tłum, a jeden z nich wyciągał precjoza i od razu przekazywał je jednemu ze wspólników, ten zaś szybko ulatniał się z miejsca zdarzenia. Tajniki pracy doliniarza zdradził czytelnikom w powieści „Spojrzę ja w okno” Sergiusz Piasecki, dyżurny przewodnik po świecie przestępczym:

„Najłatwiej uprawiać dolinę w tłoku. Jeśli sposobności takiej nie było, robiono umiejętnie sztuczny tłok przez zahamowanie drogi, przepraszanie z lewa, wówczas gdy wspólnik ocierał się o ofiarę z prawa i odchodził z portfelem. W tym Tośka Sroka była bezkonkurencyjna. Umiała nie tylko zatamować frajerowi drogę, lecz i zaczepić się o niego tak gruntownie, że trudno było się wywikłać. Dokonywała tego kokardkami u mufki […], sznurami na rękawach, haczykiem u palta… Zwykle wdzięcznie przepraszała, z pięknie udanym zażenowaniem, i czasem wyswobadzając się z jednego zahaczenia, powodowała następne – jeśli to było potrzebne”.

Najczęściej na doliniarzy można było natknąć się w tramwaju, na dworcu, przy urzędzie albo w rejonach bazarów, gdzie łatwiej było o ścisk. Podobnie było przy okazji pogrzebów, o czym brutalnie przekonał się sam minister Sławoj-Składkowski, który stracił portfel. Udało mu się go odzyskać dopiero po interwencji u mającego dobre układy ze światem przestępczym „Taty Tasiemki” – króla bazaru na placu Kercelego.

Nawet minister spraw wewnętrznych (i późniejszy premier) Felicjan Sławoj Składkowski stał się ofiarą doliniarzy (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 1-A-2394, domena publiczna)

Bywało, że niektórzy z kieszonkowców warszawskich zyskiwali olbrzymią, międzynarodową wręcz sławę jak na przykład Jerzy Majchrowicz, który zaczynał od roboty w tramwajach stolicy, aby potem przenieś się do Berlina i Wiednia. Nie przeszkodziło mu nawet to, że trakcie ucieczki z tramwaju stracił trzy place. Doskonale radził sobie przy pomocy pozostałych siedmiu.

Doliniarstwo pozwalało zarobić niekiedy olbrzymie pieniądze i niektórzy z kieszonkowców dorobili się na swoich fachu niemałych fortun. Z drugiej strony nie byli oni tak szanowani w środowisko przestępczym, jak złodzieje mieszkaniowi czyli „kKlawisznicy”. Obrabowanie mieszkania, szczególnie mieszkania bogatego, było poważnym przedsięwzięciem, wymagającym sporych nakładów i dużo szczęścia. Złodzieje musieli liczyć się z wieloma przeciwnościami losu. Większość z tych lepszych lokali posiadała wymyślne zamki, a ryzyko wpadki zwiększali nazbyt ciekawscy sąsiedzi, stąd też klawisznicy, nazywani tak od narzędzia, którego używali do otwierania drzwi, czyli klawisza, znajdowali się na szczycie hierarchii złodziei mieszkaniowych znajdowali się klawisznicy. A oto jak wyglądała ich praca:

„Przybywszy na miejsce wyprawy, klawisznik przygotowanym mydłem robi odcisk dziury od klucza. Mając grubość otworu, zjawia się znowu, cicho, bez szumu i specjalnym „piórkiem” bez nacięć (piórko do połowy żelazne, druga część z ołowiu) bada zamek. Wkłada „piórko” do zamka i naciska. Sprawdziwszy na której ołowianej części piórka następuje opór, klawisznik odpowiedni piłuje piórko i tak kolejno, metodycznie usuwa przeszkody, by wreszcie stwierdzić, że zamek nie stawia oporu i drzwi są otwarte”.

Dodać należy, że otwarcie drzwi było ukoronowaniem długiej i żmudnej pracy, która potrafiła trwać nawet sześć dni, trzeba było bowiem dobrze obejrzeć zamek, upewnić się, czy w mieszkaniu nikogo nie będzie, wypatrzeć drogi ewakuacji etc.

Zespół klawisznika składał się zazwyczaj z kilku osób. Po pierwsze czujek, które dawały znać, że należy uciekać, kiedy na horyzoncie pojawił się policjant albo właściciel. Sam klawisznik zazwyczaj nie trudził swoich rąk wynoszeniem fantów. On tylko otwierał zamek, a od czyszczenia mieszkania byli jego towarzysze.

Nie znaczy to, że klawisznicy nie byli skorzy do ryzykanctwa. Lubili zmagać się z małą ilością czasu na otwarcie i próbowali się z naprawdę skomplikowanymi zamkami. Przez to nie raz i nie dwa wpadali w ręce stróżów prawa. Co warte odnotowania, praktycznie zawsze byli w takich sytuacjach potulni i nieskorzy do siłowego przeciwstawiania się policjantom. Bali się nie tylko wyższego wyroku, ale również uszkodzenia ciała, które mogło pozbawić ich zarobku.

Kolegami po fachu klawiszników byli lipkarze. Ci z kolei zyskali swój przydomek od sposobu pracy polegającego na otwieraniu okien. Lipko to w złodziejskim slangu właśnie okno. Aby podjąć się takiego sposobu zarabiania na życie, trzeba było mieć nie lada umiejętności zgoła innego rodzaju niż zwinne place. Lipkarz musiał być dobrym wspinaczem. Do okna na odpowiednim piętrze dostawał się zazwyczaj, wchodząc po murze lub schodząc z dachu. Następnie, dzięki marnej konstrukcji okien wypychał szybę (mocowaną kitem) do środka, wchodził do mieszkania i czyścił je. Jednym z najbardziej sławnych lipkarzy był niejaki Kiwa Jadowski który w wieku 28 lat (w 1938 roku) miał już na koncie osiemnaście wyroków za kradzież. Rzecz jasna praca tego typu złodziei była bardzo niebezpieczna. Niestety, nie ma danych na temat tego, ilu amatorów cudzej własności po prostu spadło z dachów podczas roboty.

Oczywiście nie każdy, kto decydował się na kradzież w mieszkaniu, robił to w sposób uznawany za wyrafinowany. Wśród mieszkańców Warszawy i innych dużych miast znani byli także szpryngowcy czyli złodzieje przedpokojowi. Korzystali oni z nieuwagi właścicieli i zabierali wszystko, co wpadło w ich ręce w przedpokoju: parasolki, płaszcze, drobiazgi, kapelusze.

Wreszcie bywali i tacy przestępcy, którzy po prostu decydowali się na rozbój, nie przejmując się tym, czy nie skrzywdzą przy okazji postronnych osób. Jedną z najgłośniejszych zbrodni dwudziestolecia międzywojennego był mord popełniony w 1928 roku na ulicy Foksal przez Hipka Wariata, czyli kasiarza Hipolita Ryttera. Działał on razem z dwoma wspólnikami: Bronisławem Frelakiem i Antonim Gutaszewskim.

Bandyci upatrzyli sobie mieszkanie kamienicznika Henryka Lewenfisza, który sprzedał właśnie kamienicę i trzymał uzyskane pieniądze w domu. Plan Hipka okazał się dość skomplikowany. Jeden ze złodziei uwiódł służącą gospodarzy i udawał, że się z nią zaręczył. Urządzono imprezę, podczas której związano wszystkich postronnych i zaczęto otwierać sejf. Następnego dnia w prasie można było przeczytać mrożące w żyłach nagłówki: „Śmiertelna pętla na szyi służącej podczas uczty zaręczynowej”. „Dwie osoby powiązane ręcznikami. Rozbicie kasy i kasetki w murze”.

Hipek Wariat zadusił biedną służącą. Podczas rozmowy z adwokatem Hofmoklem-Ostrowskim wyspowiadał się z historii swojego burzliwego życia. Znany był z licznych aktów przemocy i już wcześniej odsiadywał wyrok za morderstwo, a przydomek Wariat zyskał przez kompulsywne wręcz zabijanie kotów. Hipka skazano na śmierć, ale nie dożył wykonania wyroku, gdyż był człowiekiem poważnie chorym. Jego historia pokazuje, że legenda, jaka powstała wokół kasiarzy, jest nieco przesadzona.

W XIX wieku kasiarze z pewnością zasługiwali na swoją renomę. Kasy pancerne, na przykład firmy P.S.J. Arnheima (nadwornego ślusarza króla Prus), były wówczas koniecznym elementem wyposażenia każdego szanującego się mieszczańskiego domu. Trzymano w nich różnego rodzaju precjoza, utarg z wynajmu kamienicy etc. Nic dziwnego, że stawały się one obiektem zainteresowań wszelkiego rodzaju złotych rączek.

Otwarcie takiej kasy nie było rzeczą prostą, dlatego jeszcze w 1928 roku w przewodniku służby śledczej pisano o kasiarzach jako elicie złodziejskiego cechu. W skład ich wyposażenia wchodziło niemało sprzętu, niekiedy bardzo skomplikowanego. Najważniejszym był rak, czyli rodzaj wielkiego noża pozwalającego rozcinać metal. Był on zaopatrzony w długie ramię, dzięki któremu łatwiej było ciąć ściany sejfu, nawet jeżeli nie było się człowiekiem bardzo silnym. Nim jednak zaczęło się rozpruwać kasę, trzeba było wywiercić w niej otwór, do czego służył specjalny świder zwany rajborem.

We wspomnianym przewodniku służby śledczej pisano:

„Kasy prymitywnych systemów o słabych zamkach były otwierane przez kasiarzy przy pomocy wysadzenia zamka materiałem wybuchowym w rodzaju dynamitu lub termitu, który przy wybuchu niszczył i zrywał sztaby i zasuwy wychodzące z zamka kasy. Tak zwani kasiarze współcześni używają często do prucia kas płomienia o wysokiej temperaturze, który daje połączenie acetylenu z tlenem. Temperatura takiego płomienia dochodzi do 600 ºC i topi z łatwością najgrubsze ściany pancernej kasy ogniotrwałej. Sposób ten jednak wymaga znacznych przygotowań i przedstawia trudności polegające na zdobyciu balonów z tlenem i acetylenem, które są rejestrowane, oraz na transporcie tych ciężkich balonów na miejsce”.

Z biegiem czasu fach kasiarzy stawał się coraz bardziej nieprzystający do zmieniającej się coraz gwałtowniej rzeczywistości. Kasy były coraz trudniejsze go rozpracowania i często wmurowywano je w ściany, co utrudniało ich rozprucie. Co więcej, akcja kasiarza bardzo często wymagała olbrzymich nakładów środków, które rzadko się zwracały. Trzeba było okraść naprawdę wielki skarbiec, co nie było łatwe, gdyż banki zabezpieczały się za pomocą rozlicznych alarmów i innych systemów ochrony. W czasach II RP kasiarze pomału przechodzili do historii, choć wokół kasiarzy narosło wiele mitów. Wiele osób postrzega ich przez pryzmat najsławniejszego z nich, czyli Stanisława Cichockiego, rozsławionego przez przedwojenną prasę, a potem film „Hallo Szpicbródka”. Rzeczywistość, jak to często bywa, jest znacznie mniej romantyczna. Nie każdy kasiarz był elegancki, nie każdy sięgał też po wyszukane środki. Wielu z nich było zwykłymi apaszami (przestępcami), niekiedy wręcz po prostu prymitywami.

Przykładem takich niezbyt wyrafinowanych złodziei mogą być rabusie, którzy okradli Zamek Królewski w Warszawie, czyli ówczesną siedzibę prezydenta. Sprawcy wpadli z powodu własnej głupoty, a sam skok również nie był nazbyt wyszukany. W 1933 roku na terenie zamku prowadzono prace remontowe. Pracujący tam woźny, Henryk Jasiński, postanowił wykorzystać okazję i przywłaszczyć sobie zawartość kusząco wyglądającej kasy pancernej. Ponieważ sam nie był kasiarzem, udał się na placyk na Woli, po którym kręcili się bezrobotni szukający zarobku, w tym również złodzieje. Spotkał tam Franciszka Dudę weterana kas pancernych, a zaraz później jego szwagra, Piotra Piskorskiego. 11 sierpnia woźny najpierw wprowadził kasiarzy do zamku, a po zmroku wyprowadził ich na zewnątrz obciążonych łupami z kasy pancernej, której wyprucie okazało się dość łatwe.

Być może wszystko by się udało, gdyby nie słabość nerwów Jasińskiego. Kiedy przyszedł następnego dnia do pracy, spotkał pracujących nad sprawą policjantów i stracił głowę. Zaczął się tak bardzo denerwować, że zwróciło to uwagę śledczych. Prowadzący dochodzenie komisarz Przygoda (ten sam, który stał się pierwowzorem dla filmowej postaci z „Vabank”) kazał go śledzić. Potem sprawa poszła już gładko. Złodziei aresztowano, a jeden z nich szybko przyznał się do winy i obciążył kolegów. Okazało się, że był kokainistą, który nie potrafił zbyt długo wytrzymać bez swojego narkotyku.

Na zakończenie warto przyjrzeć się samemu Stanisławowi Cichockiemu. Jego historia jest stosunkowo dobrze znana, wciąż jednak popularne są dwa mity na jego temat, dotyczące początku i końca jego kariery. Na odkrycie prawdy pozwoliła praca Mateusza Rodaka, specjalisty od przedwojennej przestępczości. Pierwszym mitem jest powszechne przekonanie, że Cichocki urodził się gdzieś w Rosji i przez całe lata zdobywał doświadczenie w Moskwie, gdzie miał brać udział w napadzie na bank Azjatycki, a po rewolucji październikowej pomagać osławionej CzeKa.

Rzeczywistość jest znacznie bardziej prozaiczna. Stanisław Cichocki był synem niepiśmiennych wyrobników, urodzonym w drewnianym baraku na Woli. Nic nie wskazuje na to, aby kiedykolwiek dotarł do Moskwy, nie ma nawet potwierdzenia, że kiedykolwiek opuścił Warszawę. Wiele wskazuje na to, że był najzwyklejszym złodziejem, chociaż nie pozbawionym pewnego uroku osobistego, który był w stanie przekonać ludzi, że miał zupełnie inne pochodzenie.

Nieprawdą jest również to, że nie wiadomo, co stało się z Cichockim w trakcie wojny. W powszechnym przeświadczeniu słuch po nim zaginął po ogłoszeniu amnestii we wrześniu 1939 roku. Niektórzy utrzymują, że miał dotrzeć na Bliski Wschód z armią Andersa. W rzeczywistości, jak udowodnił Rodak, Cichocki został w Polsce, gdzie najprawdopodobniej przerzucił się na fałszowanie monet. Zmarł śmiercią naturalną w listopadzie 1940 roku.

Przedwojenni warszawscy złodzieje fascynowali, ale dziś ich działalność owiana jest legendą pełną mitów i wyobrażeń dalekich od rzeczywistości. Prawdą jest, że ich świat był niezwykle barwny, ale jednocześnie był on znacznie mniej romantyczny, niż to się nam dzisiaj wydaje.

Na podstawie tekstu Pawła Rzewuskiego „Alfabet złodziei warszawskich: doliniarze, klawisznicy, lipkarze, kasiarze

Bibliografia

Źródła

„Kurier Polski”, r. 1922.

„Ostatnie wiadomości krakowskie”, r. 1922.

„Tajny Detektyw”, r. 1932.

Urke Nachalnik, Życiorys własny przestępcy, Towarzystwo Opieki nad Więźniem „Patronat”, Warszawa 1933.

Opracowania

Bronisław Wieczorkiewicz, Gwara warszawska wczoraj i dziś, PIW, Warszawa 1974.

Bronisław Wieczorkiewicz, Warszawskie Ballady Podwórzowe. Pieśni i piosenki warszawskiej ulicy, PIW, Warszawa 1971.

Ryszard Dzieszyński, Szpicbródka i inni. Historie świata przestępczego, Rytm, Warszawa 1994.

Ludwik M. Kurnatowski, Daniel Bachrach, Sprawy kryminalne II RP, Wydawnictwo CM, Warszawa 2014.

Stanisław Milewski, Ciemne sprawy międzywojnia, Iskry, Warszawa 2002.

Stanisław Milewski, Szemrane towarzystwo niegdysiejszej, Warszawy, Iskry, Warszawa 2009.

Mateusz Rodak, Szpicbródka, „Stolica”, nr 7/2016.

Monika Piątkowska, Życie przestępcze w przedwojennej Polsce. Grandesy, kasiarze, brylanty, PWN, Warszawa 2012.

Powrót na górę strony