Biuro Edukacji Historycznej - Muzeum Policji
Komendy Głównej Policji

Aktualności

„Zabiłem dwóch wściekłych psów…”

Data publikacji 04.06.2020

Policyjna formacja II RP nie składała się wyłącznie z pomnikowych bohaterów. Trafiali tam czasami ludzie o wypaczonych charakterach, rozchwianej psychice, a nawet i przestępczych skłonnościach. Ludzie, którzy nie powinni się tam znaleźć, ani brać do ręki służbowej broni…

W połowie lat dwudziestych minionego wieku na miano - według jednych czarnej owcy, a  według drugich - prawdziwego patrioty, zasłużył sobie starszy przodownik Józef Muraszko, 29-letni funkcjonariusz Policji Państwowej z Kresów Wschodnich. Jego radykalne poglądy polityczne, obsesyjna wręcz nienawiść do ludzi o innych przekonaniach (w tym wypadku komunistycznych) pchnęły go do ciężkiej zbrodni. 29 marca 1925 r., w pociągu zdążającym ze Stołpców (woj. nowogródzkie) do granicznej stacji kolejowej Kołosowo, dokonał samosądu na dwóch oficerach wojska polskiego, strzelając do nich ze służbowej broni. Czy  była to zbrodnia w afekcie, w akcie rozpaczy?  Z pewnością nie doszło by do niej, gdyby nie inne tragiczne wydarzenie, którego miejscem blisko dwa lata wcześniej była Warszawa.

Zamach na Cytadelę

13 października 1923 r., dokładnie o godz. 9, potężna eksplozja wstrząsnęła warszawską Cytadelą. Wybuch słychać było w całej stolicy, a nad miastem zawisła chmura gęstego, gryzącego dymu. W powietrze wyleciała prochownia. Pozostał po niej tylko kilkumetrowej głębokości krater. Zginęło wówczas 28 osób, blisko 90 zostało rannych.

W rezultacie intensywnego śledztwa zatrzymano dwóch młodych oficerów wojska: por. Walerego Biegańskiego (mieszkał na terenie Cytadeli) oraz ppor. Antoniego Wieczorkiewicza, których uznano za bolszewickich szpiegów. Fakt, obaj sympatyzowali z ruchem komunistycznym i nie ukrywali swych poglądów, ale do zamachu na Cytadelę absolutnie się nie przyznawali. Zresztą od sierpnia 1923 r. przebywali w areszcie, więc jak mogli w październiku podłożyć bombę(!?). O przepustkach za dobre sprawowanie nikt jeszcze wówczas nie słyszał.

Pomimo tak niepodważalnego alibi sąd wojskowy, przed którym wkrótce stanęli, w procesie czysto poszlakowym wydał wyrok skazujący obu oficerów na… karę śmierci(!?).  Głosy krytyki, jakie wywołał ten wyrok, spowodowały, że sprawą Biegańskiego i Wieczorkiewicza zajęła się komisja sejmowa, na której czele stanął poseł PSL Adam Pragier. Jej członkowie nie pozostawili suchej nitki na prowadzących śledztwo. Powołanych świadków uznali za policyjnych prowokatorów, a ich zeznania za niewiarygodne i mocno naciągane.

Efektem działania komisji  był wniosek skierowany do prezydenta Stanisława Wojciechowskiego  o zastosowanie wobec skazanych oficerów aktu łaski. Prezydent skorzystał ze swych konstytucyjnych uprawnień, zamieniając im karę śmierci na dożywotnie więzienie. To z kolei wywołało gwałtowne sprzeciwy wśród polskich partii prawicowych, których członkowie głośno domagali się głów „bolszewickich szpiegów”.

Nabrzmiałą sytuację jeszcze bardziej zaogniło stanowisko Kremla. 6 grudnia 1923 r. poselstwo RSFRR w Warszawie  przekazało polskiemu MSZ notę z propozycją wymiany obu skazanych oficerów na Polaków więzionych w Rosji. Pertraktacje  trwały kilkanaście miesięcy i zakończyły się 11 marca 1925 r. podpisaniem wspólnego protokołu: za Bagińskiego i Wieczorkiewicza do kraju mieli wrócić ks. Bronisław Ussas oraz Józef Łaszkiewicz, były konsul RP w Gruzji, aresztowany przez bolszewików wraz z całą rodziną. Wymiana  miała się odbyć 29 marca 1925 r. o godz. 16, na granicznej stacji kolejowej Kołosowo.

Egzekucja w pociągu

O tym, co wydarzyło się tamtego dnia nad granicą polsko-rosyjską, nie dowiemy się z oficjalnych dokumentów MSW i Policji Państwowej. W Archiwum Akt Nowych w Warszawie  nie zachowały się, niestety, żadne materiały źródłowe na ten temat. Z konieczności więc musiałęm posłużyć się prasą codzienną, bo również resortowy tygodnik „Na Posterunku” przemilczał całe zdarzenie.

Już następnego dnia, 30 marca 1925 r., dramat z Kresów Wschodnich zajął czołówki wszystkich krajowych dzienników. Rozpisywano się w szczegółach, jak to st. przodownik Muraszko wydobył dwa rewolwery, z których dał 5 strzałów: 3 kule trafiły Bagińskiego w głowę, kładąc go na miejscu trupem, 2 kule dostały się Wieczorkiewiczowi, ten jednak dawał jeszcze znaki życia (Dziennik Wileński).

Pomińmy inne, ociekające krwią, relacje bulwarowej prasy. Zobaczmy, co na temat wydarzeń pod Stołpcami miał do powiedzenia ówczesny minister SW Cyryl Ratajski, osoba najbardziej kompetentna w kwestii bezpieczeństwa państwa i obywateli:

(…) Wieczorkiewicz i Bagiński zostali dostawieni do Stołpców pod eskortą policyjną z woj. białostockiego. Na miejscu przejęła ich eskorta policji pow. stołpeckiego. Eskorta składała się z sześciu posterunkowych, jednego przodownika i jednego starszego przodownika pod komendą aspiranta Jana Szyszkiewicza, zastępcy komendanta powiatowego PP w Stołpcach. (…) W wagonie znajdowali się oprócz eskorty: prezes delegacji repatriacyjnej Wilhelm Kulikowski, delegat MSZ Władysław Kicki, starosta stołpecki p. Zajączkowski i jego zastępca, dwóch oficerów Korpusu Ochrony Pogranicza oraz trzech funkcjonariuszów policji niemundurowej, m.in. st. przod. policji kryminalnej Józef Muraszko, który jednakże do eskorty nie należał.

Pytanie zatem, skąd on się tam wziął? Starosta Zajączkowski wyjaśnił później, że to on wyraził zgodę na obecność Muraszki w wagonie. Zrobił to na jego usilną prośbę. A ponieważ go znał i miał o nim dobrą opinię, więc uznał, że jedna osoba więcej w eskorcie nie zaszkodzi. Polecił Muraszce zwracać uwagę na osoby postronne, chcące zbliżyć się do zatrzymanych.

(…) Fakt zabójstwa – wyjaśniał dalej min. Ratajski – miał miejsce podczas biegu pociągu, na piątym kilometrze od Stołpców, a mniej więcej czternaście od granicy, o godz. 15,15. Muraszko podniósł się z ławki, podszedł do eskorty i błyskawicznie wyjąwszy rewolwer z kieszeni, dał zza pleców jednego z posterunkowych dwa strzały, trafiając Wieczorkiewicza i Bagińskiego. Bagiński zmarł tego samego dnia o godz. 17, Wieczorkiewicz zaś dnia następnego o godz. 19.

Oddawszy śmiertelne strzały, Muraszko spokojnie przekazał broń eskorcie. Pozwolił się przeszukać i aresztować. Pociąg z rannymi wrócił do Stołpców.

W patriotycznym uniesieniu?

Po przeszło półrocznym śledztwie, 22 października 1925 r., Józef Muraszko stanął przed Sądem Okręgowym w Nowogródku, oskarżony o zabójstwo konwojowanych więźniów. Zapytany przez przewodniczącego składu orzekającego, prezesa sądu Ludwika Bochwica,  czy przyznaje się do winy, spokojnie oświadczył: Tak jest, przyznaję, że zabiłem dwóch wściekłych psów. Zabolało mnie niesłychanie, że ci dwaj zbrodniarze mają być wywiezieni do Rosji (…). To mnie wyprowadziło z równowagi. Chciałem im wyrazić w jakikolwiek sposób swoją wzgardę. Jak to się stało, że strzeliłem, nie pamiętam. Nienawidziłem bolszewików i bolszewizmu, gdyż za dużo wszyscyśmy od nich przecierpieli.

Podczas dwudniowej rozprawy Muraszko konsekwentnie podtrzymywał wersję zabójstwa z pobudek patriotycznych. Kilkunastu świadków (koledzy z pracy, wojska, sąsiedzi, a nawet ksiądz) potwierdziło jego głęboki patriotyzm i nienawiść do komunistów. Odczuł bowiem jego skutki na własnej skórze, kiedy wpadł  w ręce bolszewików i tylko cudem uniknął śmierci.

Po powrocie do kraju w 1919 r. zamieszkał w Sejnach (pow. augustowski), ożenił się, został ojcem. Podjął zawodową służbę w wojsku, awansując do stopnia sierżanta. W lutym 1922 r. przeszedł do policji. Ostatnie pół roku pracował w komendzie powiatowej PP w Stołpcach, był tam kierownikiem ekspozytury śledczej. Cieszył się na ogół dobrą opinią, zarówno u przełożonych, jak i kolegów. Był jednak impulsywny, robił wrażenie nerwowego (asp. Jan Szyszkowski). Pił dużo, a wpływ alkoholu starał się łagodzić kokainą. Miał manię prześladowczą, podejrzewał żonę o zdradę (kom. Kasprzycki). Dla dr. Halickiego był człowiekiem nerwowo chorym, kwalifikującym się do leczenia szpitalnego. Taką samą opinię miał o nim st. przod. Narkiewicz, który podał kilka niepochlebnych faktów z życia Muraszki. Między innymi to, że bez żadnej przyczyny strzelał do psów. Był też swego czasu leczony w Tworkach, w zakładzie dla nerwowo i psychicznie chorych.

Ani w śledztwie, ani przed sądem nie udało się udowodnić, żeby Muraszko działał w zmowie albo na czyjeś polecenie. Nawet oskarżający go prokurator Kazimierz Rudnicki z Warszawy, specjalny wysłannik ministra sprawiedliwości, stwierdził, że wszystko wskazuje na to, że zbrodnia została wykonana bez uprzedniego przygotowania, w warunkach, rzec można, niesprzyjających. Indywidualny charakter czynu wypływa z danych, jakie świadkowie i biegli ustalili co do psychiki Muraszki. Natura nieokiełznana, niekontrolowana przez płytką umysłowość, „mniej wartościowa psychicznie”, nie umiała pohamować odruchu histerycznego wywołanego skojarzeniem postaci B. i  W. (Bagińskiego i Wieczorkiewicza – przyp. J.P.) z najazdem bolszewickim i cierpieniami Polaków w Rosji.

Słowem, Muraszko zasługuje na szczególne okoliczności łagodzące. Intencja oskarżyciela została odczytana przez skład sędziowski właściwie. Dowodem wyrok, jaki zapadł w sobotę,  24 października 1925 r. przed południem: 2 lata w zamkniętym domu poprawczym, z zaliczeniem 6 miesięcy aresztu prewencyjnego. W uzasadnieniu podkreślono, że oskarżony działał z pobudek patriotycznych w stanie silnego wzburzenia duchowego.

Audytorium odetchnęło z ulgą. Sam Muraszko też nie ukrywał radości. Na pytanie obrońców odpowiedział, że nie pragnie innego wyroku i apelować nie będzie. A w stronę wychodzących sędziów wykrzyknął po prostu: Cześć!

Źródło: BEH-MP KGP/JP, fot: archiwum

Powrót na górę strony
Polska Policja