Biuro Edukacji Historycznej - Muzeum Policji
Komendy Głównej Policji

Aktualności

Strzały na Foksal

Data publikacji 15.06.2020

15 czerwca 1934 r. na ul. Foksal w Warszawie zastrzelono ówczesnego ministra spraw wewnętrznych płk. Bronisława Pierackiego. Organizatorzy tego politycznego mordu zostali ustaleni i skazani, jednak wokół zamachu nadal są niedomówienia i znaki zapytania.

Tragiczny piątek

Dochodziła godzina 15,30, było ciepłe czerwcowe popołudnie. Minister Pieracki,  jak co dzień o tej samej porze,  zajechał służbową limuzyną do Klubu Towarzyskiego przy ul. Foksal 3 na obiad (dziś mieści się tu Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich). Jak zwykle był tylko z kierowcą, nigdy bowiem nie życzył sobie osobistej ochrony. Również na jego polecenie odwołano sprzed klubu stały policyjny posterunek. Choć tłumaczył tę decyzję względami oszczędnościowymi, niewielu to przekonywało. Klub Towarzyski był wówczas nieoficjalną siedzibą sympatyków Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem, spotykali się tu „ludzie ze świecznika”: rządowi notable, wysocy urzędnicy państwowi, parlamentarzyści, prominentni dziennikarze itp. Dziś byśmy powiedzieli – osoby publiczne. Dzięki policyjnemu posterunkowi czuli się tu bezpiecznie. Żaden intruz nie miał prawa wstępu.

Gdyby więc przed siedzibą klubu dyżurował umundurowany policjant z pewnością zwróciłby uwagę na spacerującego od dłuższego czasu młodego mężczyznę w zielonkawym gabardynowym płaszczu i brązowym kapeluszu, trzymającego w ręku jakieś zawiniątko. Nieznajomy wyraźnie na kogoś czekał, nerwowo rozglądając się dokoła. Kiedy zobaczył ministra, ruszył w jego kierunku. Na schodach prowadzących do klubu był już tylko 3-4 metry za nim. W tym momencie odrzucił paczkę, wyciągając z kieszeni płaszcza rewolwer. Oddał trzy strzały w głowę swej ofiary i nie oglądając się, pobiegł w stronę pobliskiej ul. Szczyglej. Ciężko ranny minister upadł w progu budynku. Zmarł w dwie godziny później w szpitalu.

Podjęty natychmiast za zamachowcem pościg nie powiódł się. Zniknął z oczu w zaułkach ulicy Szczyglej lub Okólnik. Przedtem zdążył jeszcze ranić w rękę jednego ze ścigających go policjantów. Drugi z funkcjonariuszy, post. Bagiński, pobiegł za zabójcą w kierunku wskazanym mu przez przygodnego przechodnia ubranego w wojskowy mundur. Późniejsze śledztwo wykazało, że było to celowe wprowadzenie pogoni w błąd, aby umożliwić bandycie ucieczkę. Ten bowiem skrył się w kamienicy przy ul. Okólnik 5. Tam porzucił swój letni płaszcz (kapelusz zgubił już wcześniej), wytarł spocone czoło i wykorzystując powstały na ulicy rozgardiasz, wyszedł spokojnie na ulicę. Policja tymczasem przeczesywała teren fabryki kafli Stachiewicza. Nim się zorientowano, że to ślepy zaułek, zamachowiec wmieszał się w tłum przechodniów na ul. Ordynackiej i wszelki ślad po nim zaginął.

Najważniejszy dowód

Wśród zabezpieczonych przez policję na miejscu zdarzenia dowodów najważniejszym była bez wątpienia bomba skonstruowana przez jakiegoś pokątnego pirotechnika, ale – jak wykazała ekspertyza - w pełni sprawna. Dlaczego więc zamachowiec jej nie zdetonował? – zastanawiali się prowadzący śledztwo oficerowie. Czy w obawie o własne życie, czy z jakichś innych powodów? Na to pytanie nie znaleziono, co prawda, odpowiedzi, ale nikt sobie głowy tym nie zaprzątał. Skoncentrowano się natomiast na śmiercionośnym znalezisku. Przy bliższym jego badaniu okazało się, że ten „model” jest dobrze znany policyjnym ekspertom, a jego konstruktora należy szukać wśród członków OUN (Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów), którzy specjalizowali się w takich rozwiązaniach.

To znacznie zawężało pole policyjnych poszukiwań, choć całkowicie nie wykluczało z grona podejrzanych także rodzimych nacjonalistów reprezentujących Obóz Narodowo-Radykalny. Już w kilka dni po zabójstwie ministra Pierackiego w policyjnych aresztach znalazło się 200 członków OUN, inwigilowanych przez urzędy śledcze i policję polityczną. Wśród zatrzymanych znalazł się m.in. 29-letni Jarosław Karpyniec, student Wydziału Chemii UJ. W jego jednopokojowym wynajmowanym mieszkaniu przy Rynku Dębickim 13 ujawniono prawdziwe laboratorium pirotechniczne i pozostałości po wykonywanych tu ładunkach wybuchowych.

Do Krakowa natychmiast udała się ekipa śledcza, w której znaleźli się m.in. wiceprokurator Sądu Okręgowego w Warszawie Władysław Żeleński oraz insp. Józef Piątkiewicz, kierownik laboratorium w Zakładzie Ekspertyz Sądowych KGPP. Szukano odpowiedzi na jedno zasadnicze pytanie: czy bomba porzucona przez zamachowca jest dziełem Karpyńca?

- Wyniki oględzin – pisał insp. Piątkiewicz w tygodniku „Świat” w 1964 r. – w pełni potwierdziły moje przypuszczenia. Wszystkie znalezione tam kawałki blachy, deseczek, rurek itp. były tego samego gatunku i typu, co materiały użyte do konstrukcji bomby porzuconej przez zabójcę ministra. Odnalazłem nawet arkusz blachy, z którego wycięto ściany puszki mieszczącej materiał wybuchowy.

Karpyniec, co prawda, nie przyznawał się do niczego, ale dowody były niezbite. Śledztwo dostarczyło zresztą nowych. Stwierdzono m.in., że rewolwer, z którego strzelano do Pierackiego, to ta sama broń, z której parę tygodni wcześniej został zastrzelony we Lwowie ounowiec Jakub Baczyński, posądzony przez swych kolegów o współpracę z policją.

Intensywnie prowadzone w całym kraju przesłuchania zatrzymanych nacjonalistów ukraińskich pozwoliły w konsekwencji na dosyć szybkie ustalenie organizatorów zamachu oraz wyjaśnienie okoliczności zbrodni. Dzięki temu już w dwa tygodnie po zabójstwie ministra Pierackiego ówczesny szef resortu sprawiedliwości Czesław Michałowski w wywiadzie prasowym oznajmił, że zamachu dokonała Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów, sprawcy są za kratami, jedynie bezpośredniemu wykonawcy udało się zbiec za granicę.

Przed sądem

O ile policyjne śledztwo w sprawie zamachu na ministra trwało krótko, o tyle na proces ukraińskich terrorystów czekano aż 17 miesięcy. Rozpoczął się on 18 listopada 1935 r. w Sądzie Okręgowym w Warszawie. Na ławie oskarżonych zasiadło 12 członków OUN, wśród nich osławiony Stefan Bandera, „krajowyj prowidnik” tej organizacji, który wydał rozkaz zabicia polskiego ministra spraw wewnętrznych; Mikołaj Lebied – organizator zamachu w Warszawie, poszukiwany za udział w krwawym napadzie na Urząd Pocztowy w Gródku Jagiellońskim w 1932 r. (pisaliśmy o tym w nr 2/2007 r. – przyp. J.P.) i zabójstwo policjanta; Mikołaj Kłymyszyn – przygotował materiał na bombę, oraz Jarosław Karpyniec – konstruktor bomby.

Siedmiu oskarżonym zarzucono udział w przygotowaniu zamachu, udzieleniu zabójcy bezpośredniej pomocy oraz ułatwieniu mu ucieczki. Prokurator Kazimierz Rudnicki wnioskował dla każdego z nich o karę śmierci. Pozostałym podsądnym także groziła szubienica za przynależność do OUN. Artykuł 93 par. 1 obowiązującego wówczas kodeksu karnego stanowił bowiem, że „kto usiłuje pozbawić Państwo Polskie niepodległego bytu lub odebrać część jego obszaru, podlega karze więzienia na czas nie krótszy od 10 lat lub dożywotnio albo karze śmierci”.

Na ławie oskarżonych zabrakło jednak bezpośredniego wykonawcy zamachu. Jak wynikało z ustaleń śledztwa był nim dwudziestokilkuletni Hryć (Grzegorz) Maciejko ps. „Gonta”, któremu udało się umknąć na Zachód Europy, a następnie pod przybranym nazwiskiem Petro Knysz osiąść w Argentynie. Zmarł tam podobno w 1966 r.

Przewód sądowy w pełni potwierdził winę oskarżonych. Po 35 dniach procesu przewodniczący kolegium orzekającego odczytał wyrok: Bandera, Lebied, Kłymyszyn i Karpyniec skazani zostali na karę śmierci, zamienioną na mocy amnestii na dożywocie. Pozostali organizatorzy zamachu otrzymali wyroki od 12 do 7 lat więzienia.

„Smert Lachom”

Płk Bronisław Pieracki w chwili śmierci miał 39 lat. Był bliskim współpracownikiem marszałka Piłsudskiego, najmłodszym ministrem w rządach Aleksandra Prystora, Janusza Jędrzejewicza i Leona Kozłowskiego. Oficer Legionów, w niepodległej Polsce do 1928 r. pozostawał w wojsku, później w administracji państwowej. Z listy BBWR-u został posłem na Sejm.

Dlaczego zginął? Komu się naraził? Był raczej umiarkowanym politykiem, zwolennikiem dialogu, a nie represji. Podejmował próby negocjacji z ukraińskimi nacjonalistami. To mogło przysporzyć mu wrogów w łonie polskiej prawicy (Obóz Narodowo-Radykalny). Ale zamachowcami okazali się członkowie OUN, a nie nasi narodowcy, jak w przypadku zabójstwa prezydenta Narutowicza.

Odrzucając liczne, nie udokumentowane spekulacje dotyczące śmierci ministra Pierackiego, uważam, że zginął on tylko dlatego, że był „pierwszym polskim policjantem”. Tak wówczas potocznie określano szefa resortu spraw wewnętrznych. Pierwszym, czyli najważniejszym. Dla ukraińskich fanatyków nie mogło być lepszej, bardziej spektakularnej kandydatury do skrytobójczego zamachu niż przedstawiciel polskiego rządu. Do tego szef „siłowego” resortu.   Swój cel ujęty w haśle : „Smert Lachom” osiągnęli zupełnie łatwo. Minister był bezbronny.

Źródło: BEH-MP KGP/JP, fot: aut. i archiwum

 

Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) – powstała w 1929 r. w Wiedniu w wyniku połączenia trzech radykalnych grup nacjonalistów: Ukraińskiej Wojskowej Organizacji (UWO), Związku Ukraińskiej Młodzieży Nacjonalistycznej (SUNM) i Legii Ukraińskich Nacjonalistów (LUN). Dążyła do zbudowania niepodległego państwa Ukrainy na ziemiach wchodzących w skład II Rzeczypospolitej i ZSRR. W konsekwencji przyjętych założeń programowych - antypolska, antysowiecka i antykomunistyczna. Celem OUN była walka z Polską oraz ZSRR w celu utworzenia niepodzielnej, niepodległej Ukrainy od Donu aż po Małopolskę. OUN była od początku w II Rzeczypospolitej organizacją nielegalną i opowiadała się przeciwko polityce ugody polsko-ukraińskiej.

Archiwum Senyka

Jesienią 1933 r. w mieszkaniu Emila Senyka, członka OUN, ukrywającego się w czeskiej Pradze, w ręce służb bezpieczeństwa wpadło bogate archiwum ukraińskich terrorystów. Dokumentacja ta dostała się także w ręce polskiego wywiadu, który przekazał ją – „w ramach kompetencji służbowej” – do Wydziału Bezpieczeństwa MSW. Wśród różnych materiałów były tam ponoć plany przygotowywanych zamachów na polskich ministrów: Janusza Jędrzejewicza (resort oświecenia publicznego) oraz Bronisława Pierackiego (MSW). Odczytano je dopiero w listopadzie 1934 r., w pięć miesięcy po zabójstwie polskiego ministra. Dlaczego tak późno?

Powrót na górę strony
Polska Policja