Biuro Edukacji Historycznej - Muzeum Policji
Komendy Głównej Policji

Aktualności

ZEMSTA JAŚKOWA - NOWELA 1/4

Data publikacji 29.01.2021

Zaczyna się kolejny zimowy weekend. Przez te dni będziemy przypominać w odcinkach nowelę, która ukazała się drukiem w „Na Posterunku”. W publikowanych przez nas treściach dominuje literatura faktu, jednak uznaliśmy, że okraszone śniegiem wolne dni uprzyjemni naszym czytelnikom krótka forma napisana do międzywojennej, policyjnej prasy. Zachęcamy zatem do zaopatrzenia się w kubek gorącej herbaty lub filiżankę aromatycznej mokki i … przystąpienie do lektury w atmosferze hygge.

O pochodzeniu Janka, ogrodniczka, szeptano sobie na ucho to i owo. Ale tylko na ucho i tylko szeptem. Bo naprawdę to nikt nie wiedział skąd się wziął. A i pytać się nie było kogo, choć świerzbiły babskie języki, bo na dnie nurtujących myśli czaił się jakiś lęk. Bywało mrugnie jedna na drugą porozumiewawczo, ujrzawszy czarniawą głowinę chłopca i nim usta do szeptu się poruszą, już oczy w stronę dworu się czają i chęć do gawędy ucieka. Rozpierzchają się spojrzenia spłoszone, ta i owa nad robotą się schyli. Tylko westchnienie z nad motyki uleci, nie wiadomo czy wskutek uciemiężenia języka, czy żalu nad dolą Jaśkową. Utarła się między ludźmi pogłoska, że chłopiec musi być chyba „z państwa”.

A naprawdę było tak. Przed laty pono – przyjechała do dworu niby w goście jakaś pani, z pokojową, czy co (jakaś taka panna, co to ani z państwa, ani z chłopów, kto ją tam wie...). Przywiozły ze sobą maleńkie dziecko, może dwumiesięczne, chłopczyka. Niby, że to owej panny. Ale baby nie bardzo w to uwierzyły. Bo i jakże. Matka jasna blondyna, a chłopiec czarny, jak węgiel. Karmiła toto butelką, bo sama, jak mówiła, pokarmu docna nie miała (a juści...). Pani zabawiła z parę tygodni, wyjechała. Służąca z dzieckiem pozostała. Ale z nikim ani mru-mru. Honorna taka jakaś była, a harda, że ani przystąp. Nic jeno małego bawiła. Gdy już pełzać zaczął po podłodze, odjechała. I odtąd ni słychu, ni dychu. Ani pani, ani służącej.

Oddano malca do kuchni czeladnej, pod opiekę głupiej Kaśki, gęsiarki. Masz, niańcz; nie miałaś chłopa, naści choć dziecko gotowe. Ano opiekowała się niem jak umiała. Nie można powiedzieć, żeby wcale. Brała go z sobą w pole i nosiła. Mruczała mu coś pod nosem – niby, że to śpiewa. Wcześnie go nauczyła kaszę z mlekiem jeść, jeszcze roku nie miał. Pełzał sobie po izbie lub przed sienią, umazany. Na niedzielę myła go i obłuczyła w czystą koszulkę, aby też miał święto.

Malec rósł, zdrów, jak pecyna, a taki ładny, że dziewuchy z rąk go sobie wydzierały a całowały. Jedna mu zawiązała czerwoną wstążeczkę na rączce (od uroku), druga cukierek z miasta przyniosła. Malec przyjmował wszystko niefrasobliwym uśmiechem i pełzał od jednej do drugiej po podłodze. Szyły mu też sukienki kraśne, że mało kiedy gołem ciałkiem świecił. A tak mu się oczka świeciły, jak węgielki, a kudełki to miał takie poskręcane, jakby mu je kto fryzował co dnia. Przed rokiem już chodzić zaczął i nuż się kucharce naprzykrzać. Stara była i zła, że to chłopa nigdy nie zaznała. Więc jęła malca ścierką prać. Napłakał się niemało i pod łóżkiem nasiedział na glinie, gdzie się ze strachu krył. Bo i stara Kaśka pod ten czas umarła. Więc wszyscy się nim teraz opiekowali, ale naprawdę to nikt.

Gdy podrósł, pomagał gęsiarce paść gęsi, na noc uciekał do obory, między pastuszki. Przyzwyczaił się wnet do bydła i przystał do niego. Zrobił to zresztą z nienawiści do gęsiorów dworskich. Naskubały się też jego łydek, że jej!... Lepiej już z krowami. Z psem pastucha się zaprzyjaźnił, za starym Kacprem, co miał jedno tylko oko, bat nosił. I pokrzykiwał na bydło piskliwie, gdzie łaciate lub na psa: „a zajmaj ode drogi!”. W szóstym roku życia został pomocnikiem pastucha.

Kacper był niebyłe kto. Za młodu do Prus na robotę chodził, na wojnie z Turkami się bił. Czytać umiał. W wolnych chwilach pokazywał malcowi litery na skrawku starej gazety lub na paczce od machorki. Chłopiec ciekaw był tych znaków, aż strach. Znosił Kacprowi pudełka od papierosów, strzępy gazet, które podle dworu zdybał. Pod okiem Kacprowem sylabizował.

Raz Kacper uprosił się na odpust do Smardzewa, na Matkę Boską Zielną; kupił se fajny kaszkiet, a malcowi elementarz. Jej, co to było za święto!

***

Chłopiec odtąd nie chciał słyszeć o krowich ogonach, tylko czytał. We dnie i w nocy. Nic tylko ba – ba, – baba, ta – ta–tata. Od rana do wieczora. Zaganiał krowy z elementarzem w ręku i z nosem w elementarzu. Na pamięć śmigał batem po nogach, po ogonach i powtarzał:

– Ba–ba–baba,  ta–ta–tata.

Aż w końcu Kacprowi słuchać obrzydło.

– li... z tem dukaniem – mamrotał. – Kiej ta ziaba w błocie.

W parę tygodni Janek całą zawartość elementarza umiał już na pamięć. Chłopcem po-nosiła żądza wiedzy. Czytać!

Ale Kacper na to już poradzić nie mógł. Poza elementarz wiedza jego nie sięgała. Wiedział, że na świecie są jakoweś książki; nieraz nawet je w rękach panów widział, ale nigdy nie czytał. Skąd je się bierze, nie wie, chyba się kupuje; muszą dużo kosztować. W tem miejscu pykał z fajki poważnie i jednem okiem ponad bydło w świat patrzał.

Jankowi mignęło w oczach światełko. Wie! Widział taką książkę. Dworski kucharz ją ma. Nieraz, mieszając w rondlu, przewraca kartki i nos do książki wścibia. Nie mówiąc o tem Kacprowi, poczerwieniał. Postanowił ją zdobyć. Niech będzie, co chce!

Wieczorem poszedł krążyć koło dworskiej kuchni. Zajrzał ukradkiem przez okno, przez szparę w drzwiach. Kucharz mieszał coś w rondlach, raz po raz zaglądał do swej książki. Zauważył, gdzie położył. Na półce, pod serwetą, by muchy nie popstrzyły.

Janek czekał cierpliwie, zabawiając się z psami. Gdy kucharz wonne potrawy wyłożył na półmiski i znikł w kredensie, Janek wślizgnął się do kuchni. Skoczył do półki, schwycił książkę, schował pod pazuchę i w nogi. W oborze, na swem posłaniu, w słomie ją schował i przez noc oka nie zmrużył: pilnował swej książki.

Nazajutrz Kacper jedyne oko swoje szeroko ze zdumienia otworzył. „Gdy siadł na miedzy, z psem u nogi, mając przed sobą łaciaste dworskie bydło, Janek przy nim przycupnął i grubą księgę z za pazuchy wyciągnął. Pod nos mu podsunął. Obadwaj przesylabizowali wgłos: Lucyna Cwierciakiewiczowa. „365 obiadów”. Poczem na chwilę zatrzymali się i wzajem w oczy spojrzeli. We wzroku ich było tyleż powagi, ile ciekawości. Nim odwrócili tytułową kartę, zadumali się, jakie też to dziwy w onej księdze się kryją. Byli oto na progu wielkiej tajemnicy. Przeżywali ją, milcząc.

Istotnie, księga ta kryła dziwy. Odsłonił się ich oczom świat potraw nieznanych, sosów, przypraw, ciast, pieczeni, o jakich nie mieli pojęcia. Czasem jeno węchem koło kuchni dworskiej coś niecoś ułowili, ale nawet nie wiedzieli co to takiego jest, co tak mile pachnie, a teraz oto dowiedzieli się, jak te wymyślne potrawy się przyrządza, ba, jak smakują, bo to wszystko w księdze było napisane. Ci dopiero, no!..

Lektury tej starczyło im na kilka tygodni, i nieraz, gdy Kacper, zły, głodną śliną strzykał, Janek mu wgłos recytował, jak to przyrządza się tłuste kapłony.

– Hale, dobrze jak będziesz kartofle w łupinach żarł – mruczał pastuch.

I spluwał.

Gniewało go już to „pańskie” czytanie. Nie chciał nawet słuchać, jak się przyrządza pasztet strasburski, bo tego w żaden sposób wyobrazić sobie nie potrafił. Znał tylko kartofle, kapustę, kluski, marchew, kaszę. Na Wielkanoc mięso, lub gdy zdechła krowa. I razowy chleb. Dobrze, gdy do syta. Więc od tych potraw Jaśkowych uciekał między bydło.

– Pies będzie je żarł – mamrotał – nie ty.

 

Źródło: Tygodnik „Na Posterunku” nr 4/1932 r. i nr 5/1932 r.
Autor: Bolesław Szczyt

Fotografie: NAC, wikimedia.org

Powrót na górę strony
Polska Policja