Biuro Edukacji Historycznej - Muzeum Policji
Komendy Głównej Policji

Aktualności

Znają mnie wszyscy policjanci

Data publikacji 23.02.2021

Rozpoczynamy krótki cykl poświęcony historii programu pt. „Magazyn Kryminalny 997”, dzięki emisji którego rozwiązano wiele zawiłych spraw. Niektórzy widzowie stali się pomocnikami Temidy, a program przeszedł do historii polskiej kryminalistyki, bowiem jego emisja dostarczała bezcennych informacji, które przyczyniały się do wyjaśniania niewyjaśnionych spraw. Można więc przyjąć, że najtrudniejsze sprawy przed ofiarowaniem ich Tadeuszowi Judzie, patronowi spraw trudnych i beznadziejnych, stawały się materiałem do produkcji programu.

POMAGAM POLICJI

Z red. MICHAŁEM FAJBUSIEWICZEM, autorem telewizyjnego programu „Magazyn Kryminalny 997”, rozmawia Elżbieta Sitek

Magazyn Kryminalny 997” ukazuje się w telewizji już kilkanaście lat. Ile dokładnie?

-Program ma 16 lat. Pierwszy wyemitowaliśmy w październiku 1986 roku. Od tamtej pory ukazały się 334 wydania magazynu. Przez pierwsze lata ukazywał się raz w miesiącu, obecnie raz w tygodniu.

-Skąd wziął się pomysł takiego właśnie programu?

-To długa historia. W latach 80. robiłem w telewizji cykliczny program „Stan krytyczny”, pokazujący różne nieprawidłowości i patologie. Byłem też reporterem „Gorącej linii”. Właśnie dla tego programu w 1986 roku zrobiłem reportaż o przekrętach dotyczących praktyk naszych uczniów w NRD. Reportaż potraktowano jak polityczną prowokację i zlikwidowano program, a ja dostałem zakaz publikowania w telewizji na antenie ogólnopolskiej. Kiedy sprawa przycichła, pozwolono mi wrócić do TV, ale pod warunkiem, że nie będę się pokazywał na ekranie. Jakoś w tym czasie wrócił z Londynu mój kolega, który opowiadał, że w tamtejszej telewizji jest bardzo popularny program „Godzina pytań”, w którym prezentowane są sprawy niewykryte przez policję i o pomoc prosi się telewidzów. W polskiej telewizji nie było wówczas żadnego stałego programu o tematyce kryminalnej, więc kiedy zaproponowałem coś takiego, kierownictwo uznało to za świetny pomysł. Okazało się jednak, że pomysł jest tyleż świetny, co trudny do zrealizowania, z powodu bardzo silnego oporu, jaki postawiło ówczesne kierownictwo milicji. Pokazywać społeczeństwu niewykryte sprawy, to znaczy przyznać się, że milicja jest nieudolna - argumentowano. Taki był ówczesny sposób myślenia...

-Udało się jednak Panu pokonać te opory, skoro program wszedł na antenę jeszcze tego samego roku...

-Tak. Wiele zawdzięczam płk. Dudzińskiemu z MSW, który odpowiadał za kontakty z mediami. To on przekonał kierownictwo milicji, a pewnie i MSW, że ten program może milicji tylko pomóc, a nie zaszkodzić. Komenda główna chciała jednak mieć wpływ na program, tak aby prezentował tylko zaakceptowane przez nią sprawy. Oddelegowano do tego Janka Plócienniczaka, oficera z Biura Kryminalnego KG MO. To on ustalał, które sprawy pójdą na antenę i prezentowa! je. Z Jankiem pracowaliśmy razem przez cztery lata. Bardzo dobrze wspominam ten okres.

-Jaki był odbiór pierwszych programów wśród telewidzów? Jak ocenili je milicjanci?

-Pierwszy program dosłownie zwalił wszystkich z nóg. To była prawdziwa bomba. Nikt nie oczekiwał takiego sukcesu. Otrzymaliśmy dziesiątki telefonów związanych z zaprezentowanymi w programie sprawami kryminalnymi - czyli okazało się, że społeczeństwo chce współpracować przeciw przestępcom, oraz dziesiątki listów i telefonów z gratulacjami i prośbami o następne takie programy. Większość z nich była właśnie od milicjantów, którzy wyrażali prze-konanie, że możemy im bardzo pomóc. Po tym pierwszym programie zatrzymano sprawców dwóch zabójstw z Wrocławia i Warszawy. Za miesiąc zrobiliśmy następny program, potem kolejne. Byliśmy przebojem telewizyjnej „Dwójki” przez kilkanaście miesięcy, nasza widownia sięgają 15 milionów telewidzów. Oczywiście, to były inne czasy, istniały wówczas tylko dwa programy telewizyjne, ale myślę, że dzisiaj wszystkie stacje telewizyjne razem wzięte nie są w stanie osiągnąć takiej oglądalności. Pobiła nas dopiero „Niewolnica Isaura”...

„Magazyn Kryminalny 997” jest jednym z najstarszych programów telewizji. Jego niesłabnąca popularność świadczy, że trafia w zapotrzebowanie społeczne. Rozumiem, że w związku z tym współpraca z milicją, a potem Policją, po tym niefortunnym początku, układała się znakomicie...

-Powiem inaczej - z milicjantami i policjantami owszem, tak. Układała się i układa zawsze bardzo dobrze. Oni wierzą w ten program, czują jego intencje, pomagają. Jednak nie o wszystkich szefach Policji mogę powiedzieć to samo. Jeden z komendantów głównych (Zenon Smolarek - przyp. autor) uznał, że magazyn jest programem niebezpiecznym, ponieważ instruuje przestępców, jak dokonywać zbrodni. Wycofał policjantów ze współpracy przy realizacji programu i doprowadził do tego, że 997 został zdjęty z anteny...

-Na jak długo?

-Aż na dwa lata. Przez ten okres robiłem program „Dajcie znak życia” o osobach zaginionych. Potem klimat zrobił się sprzyjający i „997” powrócił na antenę. Od tej pory sam dobieram materiał spośród wielu propozycji przygotowanych mi przez zespól. Większość z nich napływa do nas od Policji, z różnych komend wojewódzkich, ale 30 proc. spraw dostajemy od telewidzów, od osób pokrzywdzonych w wyniku przestępstwa.

-Założeniem programu było i jest pomaganie Policji w sprawach niewykrytych. W jakim stopniu udało się to osiągnąć? Ile spraw rozwiązano dzięki pomocy telewidzów?

-Dzięki telewidzom oglądającym nasz program udało się zatrzymać około 150 osób podejrzanych o zabójstwo, w tym ponad pięćdziesięciu seryjnych morderców i około 200 osób podejrzanych o inne przestępstwa. Myślę, że to dobry wynik. I zapewniam, że ci przestępcy nie uczyli się kryminalnego rzemiosła na naszym programie. Oni doskonale wiedzieli, jak trzyma się nóż albo pistolet, czy też jak zaciera się ślady zbrodni...

-Która z wyjaśnionych dzięki programowi spraw była szczególna?

-Było takich kilka. Z pewnością należą do nich dwie sprawy, w których sprawca został zatrzymany jeszcze w trakcie trwania programu. Pierwsza to sprawa zabójstwa kobiety ze Świdnicy. Podczas emisji programu pokazywaliśmy zdjęcie ukrywającego się mordercy. Chwilę potem zadzwoniła do nas kobieta, informując, że mężczyzna o takim wyglądzie wynajmuje mieszkanie niedaleko niej. Natychmiast pojechali tam policjanci i złapali go w ostatniej chwili. Oglądał program i kiedy zobaczył swoje zdjęcie, zaczął pakować walizki.

Drugi przypadek dotyczy! mordercy z okolic Krakowa, który zabetonował swojego pracodawcę w beczce. Dzięki informacji telewidza został zatrzymany chwilę po emisji programu. Ale obydwa te przypadki przebiło inne wydarzenie.

4 lata temu kręciliśmy w Warszawie film rekonstruujący pewną zbrodnię. Dzisiaj zatrudniamy do tego zawodowych aktorów, przed laty grali w nich statyści, bardzo często brani z tzw. łapanki, czyli z ulicy. Kiedy odtwarzaliśmy hipotetyczny przebieg zabójstwa, zorientowałem się, że statysta, grający mordercę, z wyprzedzeniem zna szczegóły zbrodni. Nawet takie, których nie ujęliśmy w scenariuszu. Natychmiast podzieliłem się tymi podejrzeniami z policjantami. Okazało się, że strzeliliśmy w dziesiątkę! To był prawdziwy morderca! W naszym filmie zagrał samego siebie. Sprawa była tak niezwykła, że mówiły o niej zachodnie stacje telewizyjne.

-Czy za tę specyficzną, wieloletnią współpracę był Pan kiedyś przez Policję nagradzany, uhonorowany?

-W październiku ub.r. zostałem odznaczony złotym Medalem za Zasługi dla Policji. Notabene podczas uroczystości wręczania siedziałem między biskupem Chrapkiem a mecenasem Wende. Tego samego dnia biskup Chrapek zginął w wypadku samochodowym. Mecenas Wende zmarł kilka miesięcy później. Nie wyciągam z tego zbyt daleko idących wniosków, ale przyzna Pani, że to zmusza do refleksji...

Wcześniej też otrzymywałem różne odznaczenia i dowody uznania ze strony milicji. Mile wspominam asygnatę na poloneza, którą dostałem od generała Kiszczaka. To była duża sprawa, bo jeździłem wówczas 12-letnim maluchem...

-Pokazywał Pan na ekranie fotografie przestępców, odkrywał metody ich działania, tropi! ich i nawoływał telewidzów, aby w tym pomagali. Czy nie myślał Pan nigdy, że to może być niebezpieczne, że świat przestępczy może chcieć się zemścić?

-Zdarzało się, że odbierałem telefony z pogróżkami, ale nie przejmowałem się tym zbytnio. Tak naprawdę zagrożony czułem się tylko raz. Zainteresowałem się sprawą, z którą związana była tzw. mafia gdańska. Zagrożono mi, że jeśli będę się tym zajmował, to pewnego dnia mój samochód razem ze mną wyleci w powietrze. Nie chcę tu przytaczać szczegółów, ale groźba była na tyle realna, że poprosiłem o pomoc Policję. Po zapoznaniu się ze sprawą jeden z wysokich oficerów doradził mi, żebym zrezygnował z tego tematu, ponieważ policja nie jest w stanie dać mi stałej ochrony, a niebezpieczeństwo jest poważne.

-Czy to prawda, że właśnie z tego powodu, to znaczy ze względu na bezpieczeństwo, przez wiele lat nigdzie publicznie nie pokazywał się Pan z żoną?

-Nieprawda. To tylko sensacyjnie brzmiąca historyjka wymyślona przez jakieś kolorowe pismo... Aż tak się nie balem. Jednego z takich, co mi grozili, postawiłem nawet przed sądem i wygrałem. Został skazany na 2 lata pozbawienia wolności. To była chyba pierwsza sprawa w Polsce, w której przestępca został skazany za groźby pod adresem dziennikarza...

-Przez Pana ręce przewinęło się kilka tysięcy spraw kryminalnych. Analizował je Pan wnikliwie, uczestniczył w rozwiązywaniu zagadek. Mógłby Pan zapewne zostać doskonałym dochodzeniowcem...

-Czy ja wiem? Na pewno nie umiałbym zabezpieczyć śladów na miejscu przestępstwa. Ale z kolei umiałbym analizować i kojarzyć fakty. Myślę, że w Policji jest wielu doskonałych fachowców, a ja mogę im pomóc, robiąc ten program, czyli pełniąc funkcję dla nich usługową. W ciągu tych 16 lat „Magazyn Kryminalny 997” stal się prawdziwą instytucją. Współpracujemy z Policją, dzwonią do nas policjanci, prosząc o pokazanie jakiejś sprawy, z którą nie mogą sobie dać rady, dzwonią do nas ludzie niezadowoleni z wyników śledztwa, czujący się pokrzywdzeni, mający pretensje do prokuratury czy Policji albo po prostu zrozpaczeni, bo nigdzie nie mogą uzyskać pomocy. Bardzo wiele spraw załatwiamy poza emisją na ekranie. Udzielamy porad, podpowiadamy, wykonujemy telefony z prośbą do zaprzyjaźnionych policjantów. Itp., itp.

-Wielu ma Pan takich zaprzyjaźnionych policjantów?

-Bardzo wielu. Przez te lata przewinęło się ich przez pro-gram setki. Chyba wszyscy rzecznicy prasowi, wielu dochodzeniowców, kryminalnych itd. Wielu dzisiejszych oficerów na ważnych stanowiskach to moi starzy znajomi sprzed lat. Myślę, że nie przesadzę mówiąc, że znają mnie wszyscy policjanci.

I chyba szanują. Bo ja po prostu dla nich pracuję....

-Dziękuję w imieniu policjantów i dziękuję za rozmowę.

Źródło: Gazeta Policyjna 26/2002 str.25 zdj. H. Janecki i archiwum

  • MICHAŁ FAJBUSIEWICZ
  • Magazyn Kryminalny 997
Powrót na górę strony
Polska Policja