Biuro Edukacji Historycznej - Muzeum Policji
Komendy Głównej Policji

Aktualności

Spotkanie w Ostaszkowie

Data publikacji 30.05.2021

Spotkania właściwie były dwa. Pierwsze w 1939 r., gdy w ostaszkowskim obozie Wincenty Konon spotkał swojego brata Władysława. I drugie – w 2000 r., gdy nad ich mogiłami w Miednoje stanęli bracia: Tadeusz, Ryszard i Remigiusz Kononowie. Pierwszy raz po sześćdziesięciu latach mogli zapalić znicze na grobach ojca i stryja

– My powoli odchodzimy – kiwa głową Tadeusz Konon, wieloletni prezes Warszawskiego Stowarzyszenia Rodzina Policyjna1939. – Podczas pielgrzymki do Miednoje mój najmłodszy brat Remigiusz wyznał: „Kocham ojca, ale po przeszło sześćdziesięciu latach nie mogę go sobie przypomnieć”.

OCALIĆ OD ZAPOMNIENIA

Tadeusz Konon ma dziś 83 lata. Jest najstarszym synem starszego przodownika Wincentego Konona. Gdy ojciec szedł na wojnę, miał 14 lat, jego brat Remigiusz – 6.

– To był impuls – ciągnie prezes WSRP 1939. – Tam, w Miednoje uświadomiłem sobie, że to na mnie spoczywa obowiązek utrwalenia w świadomości najbliższych sylwetki ojca. Spisałem wspomnienia, które, mam nadzieję, staną się punktem wyjścia do szczegółowych opowieści o losach każdej gałęzi naszej rodziny.

Kononowie w 1939 r. ewakuowali się ze Środy Wielkopolskiej. Nie dotarli na wschodnie rubieże, dzięki czemu udało im się uniknąć wywózki w głąb ZSRR. Ocalały, choć nie wszystkie, także zdjęcia i dokumenty dotyczące służby głowy rodziny.

Wincenty Konon urodził się w 1899 r. w Białymstoku. Jego ojciec był rolnikiem. Wincenty miał siedmioro rodzeństwa. Po ukończeniu przez niego gimnazjum rodzina przeniosła się do Krzemienicy Kościelnej w powiecie wołkowyskim. Gdy od rodzona Polska znalazła się w potrzebie, Wincenty porzucił pracę nauczyciela w miejscowej szkole i wstąpił do wojska. Służył jako zwiadowca w kowieńskim pułku strzelców konnych. Brał udział w kontrofensywie na Kijów w 1920 r.

– Ojciec został wtedy odznaczony Krzyżem Walecznych, który zabrali mi potem Niemcy podczas wysiedlania ze Środy – mówi Tadeusz Konon, pokazując pożółkłe fotografie. – Trzy miesiące po odejściu ojca do wojska zmarła jego matka. Ojciec nie mógł być na jej pogrzebie, bo walczył z bolszewikami.

ROWEREM DO NIEWOLI

Wincenty Konon na początku 1922 r. został zdemobilizowany. Niedługo jednak wytrzymał w cywilu. Jeszcze tego samego roku w listopadzie wstąpił do Policji Państwowej. Początkowo służył w Białymstoku, gdzie w 1924 r. ożenił się z Emilią Rogowską. Po ślubie dostał od ojca żony rower, który bardzo przydał się podczas pracy w policji. Bicykl razem z powiększającą się rodziną wędrował w kolejne miejsca służby – Grodno, Druskienniki, Września, Kórnik i od 1932 r. Środa Wielkopolska. Do 1939 r. Wincenty Konon był w tym ostatnim miejscu komendantem Posterunku Policji Państwowej.

Przykład Wincentego sprawił, że w jego ślady poszedł jeden z jego braci – Władysław.

Do PP wstąpił w 1928 r., mając 25 lat. Do wybuchu wojny pracował jako tajny wywiadowca w Wydziale Śledczym w Bydgoszczy.

– Ostatni raz widziałem stryja w 1938 r. podczas zjazdu rodzinnego w Środzie – wspomina Tadeusz Konon. – Z dokumentów NKWD wynika, że stryj miał żonę Helenę i dwuletnią córeczkę, też Helenę. Nikt z nas żyjących nigdy ich nie spotkał. Ojciec, zgodnie z rozkazem, ewakuował się ze Środy przed nacierającymi Niemcami. Rower, prezent od teścia, towarzyszył mu aż do Równego, gdzie odebrali mu go krasnoarmiejcy. Wincenty i Władysław Kononowie spotkali się dopiero w ostaszkowskim obozie. Podzielili los 6 tys. policjantów zabitych strzałem w tył głowy w twerskiej katowni i potajemnie pogrzebanych w Miednoje.

OPIEKUJ SIĘ RODZINĄ

– Ojciec był surowy, ale sprawiedliwy – opowiada Tadeusz Konon. – Było nas czterech braci i ojciec naprawdę pozwalał nam na wiele, hodowaliśmy np. w domu myszy, zająca, mieliśmy ulubionego wilczura, na którego łapach spał oswojony szarak. Ojciec czytał namiętnie i nas zachęcał do lektury. W domu się nie przelewało, ale ojcu bardzo zależało, żebyśmy zdobyli dobre wykształcenie. Rodzina utrzymywała się z jednej pensji ojca. Pamiętam, jak co miesiąc rodzice siadali i planowali wydatki. Warunki życia wymagały dyscypliny nas wszystkich, a mimo to, jak to dzieci, potrafiliśmy przysparzać rodzicom kłopotów. Nie zapomnę, jak w Wielkanoc w nowiutkich marynarskich ubrankach uszytych przez mamę wpadliśmy na pomysł zabawy w chowanego na podwórku fabryki maszyn rolniczych. Nowiutkie wdzianka nadawały się tylko do spalenia, tak były pobrudzone smarami i sadzą. Z kolei podczas zabawy w Tarzana nie odłącznym elementem były skoki z szafy na łóżko, które się złamało. Rodzice musieli potem do czasu naprawy spać na podłodze.

Rodzinna idylla trwała do 1939 r. Tadeusz Konon był w harcerstwie. W końcu sierpnia pomagał w pilnowaniu rogatek Środy Wielkopolskiej. 1 września też tam był. Za trzymał starszego człowieka, jak się okazało Niemca, który jechał bryczką pod prąd uchodźców. Przekazano go patrolowi wojskowemu. Po sprawdzeniu wyszło, że był on szpiegiem niemieckim. Dwa lata później ten fakt zaważył na losie całej rodziny.

– 3 września 1939 r. ojciec przyszedł około 18.00 pożegnać się z nami – mówi Tadeusz Konon. – Wszyscy przygotowani byli do ewakuacji. Odwołał mnie na bok i powiedział: „Jesteś teraz najstarszym mężczyzną w rodzinie, masz tu karabin i amunicję oraz dokumenty ewakuacyjne, powierzam ci opiekę nad mamą i braćmi i pamiętaj, dopóki ty żyjesz, im nie może stać się nic złego – przyrzeknij”. Przyrzekłem.

Rodzina Kononów ewakuowała się w kierunku Warszawy. St. przod. Wincenty Konon do stolicy dojechał, ale wierny rozkazom ruszył na wschód. Rodzina została odcięta przez zagony niemieckie. Wróciła do Środy.

Tu zostali wkrótce wyrzuceni z mieszkania i wysiedleni do Generalnego Gubernatorstwa. Tadeusz, pomny przysięgi danej ojcu, pracował gdzie się dało, aby utrzymać rodzinę. Gdy w 1942 r. wyszło na jaw, że 1 września 1939 r. zatrzymał szpiega, musiał uciekać. Po krótkiej naradzie z matką na ucieczkę zdecydowała się cała rodzina. Nocą przeszli pod Małkinią granicę GG i niemal cudem dotarli do Białegostoku.

Tadeusz Konon całe życie czuł się odpowiedzialny za rodzinę. Sam ożenił się dopiero w 1972 r., gdy wszyscy bracia usamodzielni lisię i założyli rodziny.

Matka pana Tadeusza zmarła w 1981 r., ciągle czekając na powrót męża i łudząc się, że żyje gdzieś na Syberii i nie może wrócić do Polski.

Źródło: Policja 997/Paweł Ostaszewski, nr 6/2009, s. 36-37

Powrót na górę strony
Polska Policja